Karpacz - pijaństwo

pijaństwo Ostatnie wakacje spędzałem wraz z rodziną w Karpaczu. Przypominam sobie je jak przez mgłę, bo trochę nie dotrzymałem słowa żonce, że poświęcę cały czas jej i dzieciom, a piłem z naszymi znajomymi każdego wieczora. Wiadomo, co to dla mnie mogło oznaczać - fochy Gośki, które w najgorszym przypadku mogły skończyć się nawet cichymi dniami, ale na szczęście do tego nie doszło. Sam Karpacz pamiętam jeszcze sprzed lat, więc z ochotą wybrałem się tam z rodziną, ale z tego pobytu najbardziej przypominam sobie Pub Karpacz. Śmieszne to to nie jest, że każdego dnia chodziłem po górach, jak neptek. Wszystkie pijaki muszą trochę przecierpieć. Z Karpacza wyjeżdżałem tak zmęczony, że przydałby mi się dopiero urlop. Niemniej jednak, na coś się rodzinie przydałem. Byliśmy wspólnie w Western City, do kolebałem się na Śnieżkę i zupełnie jak rasowy przewodnik powiodłem swoich z powrotem szlakiem do Wangu. Po drodze jeszcze zahaczyliśmy o Strzechę Akademicką, a potem to już znowu do baru. Pogoda była ładna, piwo zimne, ceny cholernie wysokie, a Gośka nawet wyrozumiała.
Zobacz:



Witomy :) Kraków latem